Popularne wpisy


Marzenia się spełniają. Powiedziałam do siebie, niczym wariatka 21 czerwca wiedząc, że już za chwilę, chwileczkę zobaczę wzór, który wraz z la millou zaprojektowałam na potrzeby akcji #blogerzyprojektujadlalamillou.

Podobno są ulubionym miejscem spacerowiczów i gości stolicy. Podobno mają niezwykły klimat i są punktem, którego na mapie Warszawy nie można sobie odpuścić. Podobno, podobno, podobno. Wreszcie mogłyśmy sprawdzić razem, po raz pierwszy, bo mi niedane było zwiedzanie w trybie slow, o którym ciągle mówię, piszę, a i od niedawna praktykuję. Jej, nie było dane, bo zawsze byłyśmy przelotem, z punktu a do punktu b i nie bardzo w grafik udałoby się wcisnąć luzacki spacer.

Łazienki Królewskie, czyli zespół pałacowo- ogrodowy w Warszawie, założony w XVIIIw. przez Stanisława Augusta został wreszcie odhaczony na liście see place to visit, a i tak przyznam, że czuję niedosyt. Na warszawskim dworcu znalazłyśmy się w sobotę o godzinie trzynastej, potem szybki obiad, start doby hotelowej i już naprawdę niewiele brakowałoby, bym odpuściła cokolwiek (w końcu w niedziele czekały na nas targi Mother&Baby i premiera wzorów dla LaMillou, a łóżko mówiło, zostań). Opamiętałam się jednak błyskawicznie, wrzuciłam trasę w jakdojadę i mimo mojej ułomności nawigacyjnej znalazłyśmy się na miejscu, tuż po szesnastej. Mimo psychicznego obciążenia, że zaraz się zgubimy, że pomylimy przystanki, a łazienki to najprędzej znajdziemy w pokoju, a nie na otwartej przestrzeni, krzyknęłam w środku GO! i wyluzowałam. Bez stresu, bo dla niej najważniejszym punktem wyprawy były wiewiórki. 
Bez pośpiechu, bo zegarek nie każe wracać na konkretną godzinę do domu. Bez jakiegokolwiek planu, po prostu spacer, lody i my. 

Mimo soboty nie napotkaliśmy na inwazję spacerowiczów. Ominęło nas więc przepychanie się pomiędzy zwiedzającymi i liczne kolejki. Czerpałyśmy więc na pełnym chillu od siebie i między sobą. Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, 
że nasza relacja przybiera coraz to nowe i lepsze kształty. Mimo tych negatywnych bodźców w postaci fochów, krzyków niezgody i konfliktów wynikających z różnicy zdań, jesteśmy zgranym duetem. Udowadniamy to sobie, zwłaszcza w niecodziennych sytuacjach. Bo gdy piszę Wam o nawigacyjnej ułomności, to pewniakiem było, że się w końcu zgubimy. Chociaż ona uparcie twierdzi, że to ja się zgubiłam, nie ona. Bystra z niej dziewczyna, co? Zachowała jednak spokój do końca, a spacer był dla niej niezwykłą przygodą, bo w jej oczach błyszczały iskierki, zupełnie jak u Alicji z Krainy czarów.

Nie spotkałyśmy jednak kapelusznika ani nie zasiadłyśmy przy stole na zakręcone ciasto i herbatę. Przybiłyśmy jednak piątkę z Chopinem, goniłyśmy kaczki, myszki przemykały nad pod nogami, a wiewiórki bezczelnie wyłudzały orzechy. Przez te cztery godziny,zaledwie smyrnęłyśmy tę niezwykłą przestrzeń i już teraz wiem, że wrócić tam trzeba na pewno. Z większym zapasem czasu, z dobrym humorem, w pełnym składzie i obowiązkowo z torbą pełną orzechów.

















Amelka: spineczki: kollale / buty: mrugała / Spódniczka, Bluza: Gemini / Spodnie: H&M

Na plecach nie czuję już terminów, które wciąż gonią. Nie czuję pośpiechu, choć czasem łapie się na tym, że życie w trybie slow nie jest łatwe, a kuchnia sama się nie posprząta. Chyba że Twój facet wstanie przed szóstą i pomyje wszystkie gary. Mimo wszystko zostają jeszcze dzieci, którym trzeba poczytać na dobranoc, wstawić trzy prania i najlepiej stanąć na głowie. W tym wszystkim znaleźć jeszcze czas na własne myśli, niekoniecznie związane z tym, czego akurat brakuje w lodówce. Multizadaniowość jest modna, ale mówię stop szaleństwu i od wczoraj jestem panią swojego losu, pracy- na sto procent.
Niekoniecznie wkraczam w ten etap z pewnością.
Nie zawsze wszystko na tip top, nic jednak kosztem czasu z dziećmi.

Dlatego pełna beztroski i radość zaglądam do kosmetyczki i podsumowuję swoich ulubieńców maja. Jak zwykle wygląda na to, że jest tego całkiem sporo, ale to tylko tak wygląda. Założę się, że to i tak kropla w morzu waszych kosmetyczek. Od pewnego czasu stawiam na minimum nie tylko w makijażu, pielęgnacji, ale i w szafie. Czuję się jakoś lekko, a wszystkie sfery mojego życia na tym korzystają. Być może dlatego makijaż zajmuję mi od 5-10 minut, a ułożenie włosów jeszcze 10. Przez to nigdy się nie spóźniam, no, chyba, że walczę z łóżkową grawitacją.

Ulubieńcy maja :


#1 Catrice Color Correcting 

Ujednolicający puder matujący to coś czego szukałam od dawna ale jakoś wszystkie moje wcześniejsze wybory powodowały pomarańczowe lub żółte plamy, w dodatku ważyły się na twarzy i nigdy nie wiadomo było czego się po tym spodziewać.

Puder matujący od Catrice świetnie radzi sobie z matowieniem skóry i z lekkimi niedoskonałościami.
Jest niezwykle trwały i wydajny. Występuje w jednym odcieniu 010 Delicate Blossom.

Regularna cena to ok. 19zł, jednak w Naturze cały czas trwa promocja -40% przy zakupie dwóch produktów więc warto skorzystać :)

#2 Rimmel Wonderfull Wake me up
Jeszcze dwa miesiące temu, moim ulubieńcem był tusz Rimmel, Scandaleyes Volume Flash Mascara, ale w połączeniu z ogórkową nowością efekty są powalające. Nie wyobrażam go sobie samodzielnie, bo jest zbyt delikatny, a od tuszu oczekuję wydłużenia i pogrubienia rzęs. Dlatego, jeśli szukacie ideału to najpierw postawicie na Scandaleyes, a później wypróbujcie Wonderfull z ekstraktem z witamin. Najlepiej 2 w 1.

Cena: 27- 34 zł (w Naturze -40% obowiązuje również tusze do rzęs)

#3 Paese Olej z awokado
Stosuje go absolutnie do wszystkiego. Włosy, szyja, dekolt, rzęsy, a także przesuszone miejsca na ciele
(dłonie, kolana, łokcie). To jedyne lekarstwo szczególnie dla osób ze skórą wrażliwą i skłonną do przesuszeń. Niesamowicie wydajny (jedna buteleczka- 3/4 miesiące) i przyzwoity cenowo.

Cena : 15zł/ 15 ml


W oczyszczaniu i pielęgnacji skóry niesamowicie ważna jest regularność. Zwłaszcza teraz kiedy słońce puka do okien już od piątej rano, warto mieć w torebce jakiś filtr, a wieczorem zrobić ze sobą porządek.

#4 Spacerowy krem na każdą pogodę Momme

Wiem, że nie jest ładnie kraść, ale lubię ten krem od pierwszego użycia. W konsystencji mocno zwarty i wydajny. Niesamowicie kremowy i świetnie wchłania się w skórę. Zapach nie powala na kolana, ale trzeba przywyknąć (to migdały, które zmielone wydzielają charakterystyczny zapach). Skład : oleje makadamia, słonecznikowy i arbuzowy. Do tego mleczko z migdałów ziemnych, lanolina, ekologiczny filtr przeciwsłoneczny i skwalan z oliwek.

Cena: 39 zł

#5 Bioderma Photoderm kid 50+ 

Znowu jestem złodziejem, ale uwierzcie mi, po postu nie chce nosić mi się kilkunastu kremów w torebce, bo już sama średnio się w niej ostatnio odnajduję. Mam swoją pięćdziesiątkę z Biodermy i kocham ją miłością wielką, ale mniej znaczy więcej, więc smaruje się ja i smaruje się Amelia. Ja, bo słońca i opalania szczerze nienawidzę, ona, by przed słońcem się po prostu chronić. Normalnie combo, dwa w jednym i lecimy dalej!

Cena: 40zł

#6 Ziaja, Żel myjący normalizujący na dzień/ na noc

Na koniec dnia nie mam już siły na peelingi ani na maseczki, ale wody micelarnej z Biodermy i żelu myjącego z Ziaja sobie nie odmówię. Stosuję go co drugi dzień, żeby nie przesuszyć skóry.
Dobrze radzi sobie ze skórą mieszaną i błyszczeniem. Wystarczy aplikacja, a skóra staje się oczyszczona i świeża. Nie zauważyłam jednak efektu, wow jeśli chodzi o kwestie matowienia. Konsystencja i zapach są na szóstkę z plusem, ale pamiętajmy, że z takimi produktami nie warto przesadzać. To zupełnie podobnie jak z kremem siarkowa moc i mydełkiem z tej samej serii. Po jakimś czasie możemy pojawić się efekt placebo.


#7 PAT & RUB Mgiełka do układania do włosów

Z PAT&RUB mam niemiłe wspomnienia, tonik do twarzy to płacz i historia z wypryskami, których nigdy nie miałam. Do tego zaczerwienia i reakcja alergiczna. Podziękuję!
Gdyby nie mgiełka, która znalazła się u mnie przez przypadek, to pewnie nigdy nie powiedziałabym o tej firmie nic dobrego. Włosy jednak rosną jak szalone, po farbowaniu są nieprzesuszone, a i na objętość nie mogę narzekać. Układają się, wreszcie jak należy, oprócz grzywki, z którą trzeba zrobić porządek!
Zapach mgiełki jest okropny, ale rekompensują to rezultaty podczas długiego stosowania.

Cena: 40zł

Ciężko nazwać mi je drugim domem, choć spędzam kilkadziesiąt godzin w tygodniu właśnie tutaj, i to od kilku lat. Katowice nie są jednak dla mnie synonimem studenckiego miasta. Moje początki smakują truskawkową herbatą, złamanym kiedyś sercem i ciocią Alą. Pamiętam, więc czasy starego dworca i dawną ulicę 3 maja. Pamiętam, jak dobrą kawę można było wypić tylko w Costa, a beton nie wyłaniał się z każdej następnej przecznicy. Nie lubię jednak rozpamiętywać przeszłości, bo znacznie lepiej żyje mi się tu i teraz.
Miasto z betonu nie drażni, truskawkową herbatę przestali produkować, a serce z perspektywy czasu wcale nie było takie połamane, jak mi się wtedy wydawało.

Dlatego tu i teraz, miłą odmianą jest zwiedzanie Katowic w dobrym, mocno zakochanym składzie,
na pełnym luzie. Gwarancją jest, czterolatka, która piszczy z radości, a każdy obiekt wzbudza w jej ogromne zainteresowanie. Wniosek nasuwa się z pewnością jeden: więcej takich spacerów razem, jeszcze więcej kilometrów na hulajnodze i jeszcze więcej uśmiechów.
Dołóżmy do tego śniadanie w Kafej i mamy plan na weekend doskonały.

Mam nadzieję, że te kilka słów rozpocznie miły cykl, który będziemy kontynuować przez całe wakacje. Cichaczem więc sprawdzimy kilka miejsc i będziemy testować wytrzymałość na dzieci.
Sprawdzimy gdzie ta najlepsza kawa i co warto robić z dzieckiem, nie tylko w mieście!

W ubiegłym tygodniu odwiedziliśmy Kafej, do którego zaglądamy dosyć często. Powiedźmy sobie szczerze: plaża, piaskownica, placyk do jazdy na hulajnodze, do tego drewniane skrzynki, parasole, przepyszna kawa
i dobre menu, nie tylko śniadaniowe - czy coś tutaj może się nie udać ? Ach no nie może, bo właściciele to rodzice, do tego niezwykle ciepli i profesjonalni. Całość dopełnia wnętrze jakby wymarzone na jesienne wieczory, mocno nastrojowe i urządzone z ogromnym wyczuciem stylu.
Ze swojej strony polecamy: kawę mrożoną, shake oreo i czekoladę na zimno,
zwłaszcza w ostatnie dni gdzie w mózgu gotują się wszystkie zmarnowane pomysły.
Jedzeniowo: Bagietki, sezonowe bajgle i sałatki.
Ceny od 10 zł.

Co na spacer? Jeśli nie masz pomysłu, na szczęście nie musisz go kupować.

Pisaliśmy już kiedyś o Przystanku Śniadanie, który odbywa się cyklicznie, co niedziele w plenerze.
Jeśli, nie mieliście okazji jeszcze zobaczyć jak wygląda niedziela na trawie, to po drodze warto zaglądnąć.
Naszą relację znajdziecie tutaj. Więcej informacji o inicjatywie natomiast tutaj.

Przejdźmy jednak do, tego co zdecydowanie zrobi nam poranek.
Narodowe Centrum Kongresowe, choć dopiero rozpoczyna swoją działalność, już z zewnątrz robi ogromne wrażenie. Architektoniczny majstersztyk, połączony z punktem widokowym- po prostu wielkie WOW! Bez względu na to ile masz lat, na górze czujesz się jak dziecko. Ciekawa konstrukcja, drewno, zieleń, lustrzane odbicia nad ławkami i widok na całe miasto. Amelia była w żywiole. Wnętrze zobaczyć możecie tutaj.

NOSPR w Katowicach i specjalna dedykowana dzieciom inicjatywna: Spotkania z muzyką. Wejściówki to koszt 10zł, a w ramach tej kwoty oferowane są : muzyczne warsztaty, oprowadzanie po siedzibie, udział w próbach do koncertów symfonicznych i kameralnych czy też krótkie koncerty. Więcej informacji tutaj, koniecznie zerknijcie także na kalendarium i wybierzcie coś dla siebie!
To niezwykle doświadczenie dla kilkulatka.

Attention! Achtung! Uwaga! 26 czerwca otwiera się nowa siedziba Muzeum Śląskiego!
Nie możecie tego przegapić (bezpłatne wejściówki tutaj) ... i niech jeszcze raz usłyszę, że Katowice to beton.
Powiem wtedy głośno: z pewnością nie architektoniczny i nie umysłowy.
















Sezon na upał i lody pochłaniane w ilościach nagannych uważam za otwarty. W końcu !
Mamy czerwiec i promienie słoneczne włączyły swoje bateryjki na największe obroty. Emocje powoduje to skrajne, bo albo się kocha, albo nienawidzi. Lata trzy centymetry nad ziemią albo leci na beton.
Ze mną to bywa różnie. Lody kocham i zawsze to powód, by bezkarnie porzucić przyczepiony im stereotyp miliona kalorii. Upał niekoniecznie.

Jeśli lody to owocowe, bez cukru, ulepszaczy, których przygotowanie sprawia więcej frajdy niż sama konsumpcja. Lekarstwo na kiepski humor, stłuczone kolano i ból głowy.
Proszę państwa! Uruchamiam domową, szczęśliwą produkcje, blenduję, mieszam, sru do foremek.
Później, tylko 3 godziny w zamrażalniku i czy może być cokolwiek lepszego?

Przepis na naturalne lody owocowe:


wariant I:  ( owoce blendujemy w dwóch osobnych pojemnikach)
mus: mango + 1 banan
mus: truskawka + mięta*
(pierwszą porcje musu nalewamy do połowy foremki, drugim musem uzupełniamy ją do wysokości)

wariant II ( owoce blendujemy w dwóch osobnych pojemnikach)
mus: mango+ 1 banan
mus: truskawka + 100g jogurtu naturalnego**
(pierwszą porcje musu nalewamy do połowy foremki, drugim musem uzupełniamy ją do wysokości)

* w celu uzyskania bardziej wyrazistego smaku, możemy dodać łyżeczkę soku z cytryny
**lody jogurtowe zawierają pożyteczne bakterie wspomagające pracę przewodu pokarmowego.
Pamiętajmy jednak, że dzieci uczulone na białko mleka krowiego nie powinny jadać lodów mlecznych
– wybierajcie dla nich sorbety.





CIEKAWOSTKI:

• Kiedyś lody podawano wyłącznie na talerzykach lub w miseczkach. Wafelek powstał zupełnie przypadkiem dopiero na początku XX wieku. Pomysłodawcą był lodziarz Charles. E Mentes, któremu podczas Targów Światowych odbywających się w St. Louis w Stanach Zjednoczonych zabrakło talerzyków, dlatego zaczął podawać lody w rożkach waflowych.

• W połowie XX wieku najpopularniejszą jednostką na Pacyfiku był statek noszący nazwę „Ice Cream Barage”
– pierwszy na świecie statek, będący pływającą wytwórnią lodów. Jego zadaniem była produkcja lodów dla marynarzy. Ponieważ statek nie posiadał silników musiał być holowany. Na pokładzie „Ice Cream Barage” produkowano ok. 136 litrów lodów na dobę.

• Lody, które nawet przy największych upałach nie kapią! Taki innowatorski produkt wprowadził na rynek rosyjski producent nabiału. Nazwano je Wiśniowe UFO. Lody zamiast się topić,
zmieniają swoją konsystencję w galaretkę.






Ciągle w biegu ? Myśląca co włożyć do gara, kto zrobi pranie, kto posprząta, kto dziecko odbierze z przedszkola,
kto zadowoli ego swoje, szefa, ach i swojego partnera, tak po prostu? Nie pozwalając sobie przy tym zdeptać ambicji. Powiedźmy sobie szczerze: bywa ciężko z realizacją listy "to do". Bo gdzieś coś umknie z głowy, i o ile jest to obiad,
a nie dziecko to jeszcze nie jest z Tobą tak źle, jakby być mogło.Najgorszy w tym wszystkim jest permanentny stan zmęczenia. Twoje złe samopoczucie, przytłoczenie i ciągły bieg w wyścigu szczurów, phu matek!
Znienawidzić można siebie, sąsiada, a nawet pogodę, ot, tak.
Dlatego, jeśli już przerzuciłam się na slow blogging, slow jogging, to czemu by nie postawić przed sobą kolejnego wyzwania. Slow time z dzieckiem brzmi conajmniej dobrze. Nie tylko na weekendzie, ale i w tygodniu to już wielkie coś! Kosztem pewnych wyrzeczeń, rzecz jasna. Najważniejsze jednak, że nie kosztem bezgranicznej miłości, która czasem kopie po tyłku i sponiewiera mnie po ziemi. Nikt jednak nie mówił, że będzie słodko-pierdząco.

Mawiają sobie jednak często między słowami i wprost: dajemy sobie wszystko oprócz wolnego czasu. Prezenty, niby drobnostki, ale rzeczy czysto materialne. O których zapominamy prędzej czy później, a najczęściej prędzej. Zwłaszcza w przypadku czterolatki, której w głowie wiruje Kraina Lodu i potrafi zrobić Ci awanturę z powodu braku nowej bluzki z licencją. Walczysz z nią, z samą sobą i pragnieniami, które niepotrzebnie zaprzątają głowę.
W życiu liczą się bowiem ludzie, ich uczucia, słowa i gesty.

Więc lista to do, robi się maybe tomorrow i tak czuję się trochę lepszym człowiekiem. Wypełniającym ważną misje pociągiem relacji córka-świat. Często z wyrzutami sumienia, że obiad w biegu, że znowu pranie chcę wyjść oknem,
a kurz fruwa nad głową.

Pomyślę o tym jednak jutro. Dzisiaj pakuję jej plecak i uciekamy światu gdzieś daleko, szukając lepszych wersji siebie. Ciesząc się sobą i wolnym czasem.



Przy okazji przypominam o konkursie! który przygotowaliśmy razem z marką Wedel!

Do wygrania 5 zestawów niespodzianek!


Czas trwania : 23.05-31.05.2015r.

Zadanie konkursowe: Podzielcie się w komentarzach swoimi wspomnieniami i zlokalizujcie w nich
Czekoladę jak symbol swojego Dzieciństwa! Daję Wam całkowita dowolność! Niech będzie to kilka słów, wierszyk, a może zdjęcie ? Nie zapomnijcie zostawić także swojego adresu mailowego!
Laureatów przedstawię : 1.06.2015r.
 Słodka zawartość Amelkowego plecaka (mocno pomnożona) czeka!



Wpis powstał we współpracy z marką Wedel.


EDIT: WYNIKI KONKURSU


Niezwykle miło mi ogłosić, że słodkie zestawy trafiają do autorów wypowiedzi :
( tym samym proszę o kontakt mailowy wraz z danymi teleadresowymi: panienkami@gmail.com)