Popularne wpisy


Ciągle w biegu ? Myśląca co włożyć do gara, kto zrobi pranie, kto posprząta, kto dziecko odbierze z przedszkola,
kto zadowoli ego swoje i szefa, a i swojego partnera, tak po prostu? Nie pozwalając sobie przy tym zdeptać ambicji. Powiedźmy sobie szczerze: bywa ciężko z realizacją listy "to do". Bo gdzieś coś umknie z głowy, i o ile jest to obiad,
a nie dziecko to jeszcze nie jest z Tobą tak źle, jakby być mogło.Najgorszy w tym wszystkim jest permanentny stan zmęczenia. Twoje złe samopoczucie, przytłoczenie i ciągły bieg w wyścigu szczurów, phu matek!
Znienawidzić można siebie, sąsiada, a nawet pogodę, ot, tak.
Dlatego, jeśli już przerzuciłam się na slow blogging, slow jogging, to czemu by nie postawić przed sobą kolejnego wyzwania. Slow time z dzieckiem brzmi conajmniej dobrze. Nie tylko na weekendzie, ale i w tygodniu to już wielkie coś! Kosztem pewnych wyrzeczeń, rzecz jasna. Najważniejsze jednak, że nie kosztem bezgranicznej miłości, która czasem kopie po tyłku i sponiewiera mnie po ziemi. Nikt jednak nie mówił, że będzie słodko-pierdząco.

Mawiają sobie jednak często między słowami i wprost: dajemy sobie wszystko oprócz wolnego czasu. Prezenty, niby drobnostki, ale rzeczy czysto materialne. O których zapominamy prędzej czy później, a najczęściej prędzej. Zwłaszcza w przypadku czterolatki, której w głowie wiruje Kraina Lodu i potrafi zrobić Ci awanturę z powodu braku nowej bluzki z licencją. Walczysz z nią, z samą sobą i pragnieniami, które niepotrzebnie zaprzątają głowę.
W życiu liczą się bowiem ludzie, ich uczucia, słowa i gesty.

Więc lista to do, robi się maybe tomorrow i tak czuję się trochę lepszym człowiekiem. Wypełniającym ważną misje pociągiem relacji córka-świat. Często z wyrzutami sumienia, że obiad w biegu, że znowu pranie chcę wyjść oknem,
a kurz fruwa nad głową.

Pomyślę o tym jednak jutro. Dzisiaj pakuję jej plecak i uciekamy światu gdzieś daleko, szukając lepszych wersji siebie. Ciesząc się sobą i wolnym czasem.



Przy okazji przypominam o konkursie! który przygotowaliśmy razem z marką Wedel!

Do wygrania 5 zestawów niespodzianek!


Czas trwania : 23.05-31.05.2015r.

Zadanie konkursowe: Podzielcie się w komentarzach swoimi wspomnieniami i zlokalizujcie w nich
Czekoladę jak symbol swojego Dzieciństwa! Daję Wam całkowita dowolność! Niech będzie to kilka słów, wierszyk, a może zdjęcie ? Nie zapomnijcie zostawić także swojego adresu mailowego!
Laureatów przedstawię : 1.06.2015r.
 Słodka zawartość Amelkowego plecaka (mocno pomnożona) czeka!


Wpis powstał we współpracy z marką Wedel.

Szaleństwo na nasiona chia opanowało nie tylko ekofreaków, ale i  zwykłych szaraków. Nie da się przejść obok nich obojętnie, ale czy nie są tylko modne jak tysiące innych rzeczy?
Czy faktycznie warte są  zainteresowania ? Przyjrzyjmy się im z bliska.

Tak naprawdę za wszystko odpowiada szałwia hiszpańska,
pochodząca z Meksyku i Gwatemali. Roślina o szerokich liściach i niedużych, fioletowych lub białych kwiatach.
Jej owoce zawierają dużą ilość owalnych nasion, nazywanych chia.

Właśnie one! Hipsterskie, ekologiczne, posiadające bardzo dużo kwasów omega 3, błonnik, antyoksydanty oraz wapń. Zawierają także dużo białek, witamin i minerałów. Walory te  sprawiają, że powinny gościć także na talerzach ludzi 

ze wszystkich grup wiekowych, zwłaszcza tych, którzy nie odżywiają się racjonalnie.

Zalety nasion chia:

- redukują wysoki poziom ciśnienia krwi
- poprawiają metabolizm i przyśpieszają wzrost mięśni.
- pomaga w budowaniu masy mięśniowej i wzmacniają kości. 
- zwiększają wydatek energetyczny organizmu. 
- regularnie spożywane poprawiają stan włosów i skóry,
- pomagają w usuwaniu zanieczyszczeń oraz toksyn z jelit.
- poprawiają funkcjonowanie mózgu
- są pomocne w walce ze stanami zapalnymi oraz bólem.

Kilka ciekawostek o Chia:

– mają 6 razy więcej magnezu niż buraki ( wszystkie informacje porównujące chia ze szpinakiem 
wsadzić można między bajki. Udowodnion bowiem, że to burak jest królem magnezu, a nie sławetny szpinak)
– mają 5 razy więcej białka niż mleko
– mają 8 razy więcej kwasów omega 3 niż dziki łosoś Alaskan

Jak to się je? czyli 7 moich sposobów na chia :

1. Podgryzaj surowe chia jako przekąskę.
2. Dodaj do mleka kokosowego lub zwykłego mleka, żeby uzyskać zdrowy, kokosowy pudding.
3. Swobodnie dorzucaj nasiona do jogurtu, muesli, owsianki czy płatków
4. Miksuj z sokami lub koktajlami owocowymi
5. Miksuj z miodem, cynamonem i suszonymi owocami jako alternatywę do tradycyjnego dżemu
6. Zmielone używaj do pieczenia chleba, ciast, a także pizzy łącząc je z mąką.
7. Dodawaj do sałatek, omletów, gotowanych ziemniaków, ryżu, fasoli czy soczewicy.




Pamiętaj by zachować szczególną ostrożność w dawkowaniu nasion.
Dorośli - 15 g nasion (2 łyżki) chia dziennie
Ochrona układu naczyniowego - 33 do 41 g nasion dziennie przez 3 miesiące
Dzieci od 5 do 18 lat - 1.4 do 4.3 g nasion dziennie
Dla dzieci poniżej 10 roku życia można podawać jedną łyżkę nasion

Ciekawostka:

Tańszą alternatywą dla chia jest jest siemię lniane
– siemię lniane ma 20% więcej Omega 3 niż nasiona chia
– nasiona chia mają 50% więcej błonnika niż siemię lniane
– siemię lniane ma ok. 100 razy więcej lignanów niż  jakakolwiek inna roślina na naszej planecie!


Koniecznie spróbujcie i dajcie znać jak wasze smakowe wrażenia? Ja chia dorzucam to tu, to tam od kilku miesięcy, 
do siemia jakoś nie mogę się przekonać! Nie da się zaprzeczyć, że to ciekawa alternatywa 
dla suplementów diety i owoców.

To nie jest tak, że 26 maja czuję się super Mamą. To tylko taki impuls, który przechodzi przez głowę i przypomina dla kogo i po co to wszystko. Bo chciałabym być super zawsze, choć nie wychodzi.
Gdy próbuję ,by pierwszy naleśnik zawsze był idealny, a ląduje w koszu. Gdy staram się nie ryczeć na przedstawieniach w przedszkolu, a smaram nos w szalik. Gdy próbuję być konsekwentną, a jeden jej
uśmiech wystarczy, by cała złość poszła sobie gdzieś, daleko hen. Nie jestem idealna.
Pewnie poprawiłabym się z dziesięć razy, ale czuję i wiem, że dzięki niej jestem lepszym człowiekiem,
każdego dnia ucząc się jej świata z poziomu stu centymetrów.
Nie będąc robotem, a człowiekiem. Nie udając kogoś, kim nie jestem.

Codziennie okazujemy sobie miłość inaczej. Wstajemy o szóstej rano, jemy wspólnie śniadania, uśmiechamy się, obrażamy, poznajemy, rozmawiamy coraz to poważniej, a czasem po prostu, ot tak.
O motylach, biedronkach i pierdołach. Lubimy te same dźwięki i uwierzcie, ale nikt tak pięknie nie śpiewa mi: "Nazywam się niebo, mam wszystko, co trzeba. To ja jestem księżyc i słońce."

Nie wiem co ja bym bez niej i  nie chce już wiedzieć. Bo kto wyjadałby mi orzechy i rodzynki z muesli?
Kto mówił najpiękniej dzień dobry i jednocześnie doprowadzał do białej gorączki?

Amelio - jesteś sensem mojego życia, najlepszym co mogło mi się przytrafić. Pozwoliłaś mi odkryć pokłady miłości, o jakie bym się nigdy nie podejrzewała. Pozwalasz popełniać tysiące błędów i być twoją Mamą.
To dzięki tobie dzisiaj mam swoje święto, a moje życie to karuzela rozmaitych uczuć.

Dziękuję, że mogę być twoja, a ty moja. Choć razem to my dla świata. Ręka w rękę. Noga w nogę.



Celebracja z definicji to wykonywanie czegoś w sposób wyjątkowo uroczysty. To świętowanie ważnych chwil w naszym życiu. O ile licznik wybił już osiemnaście plus, wszystko przeważnie krąży wokół kolejnych urodzin, zaręczyn, ślubu, wesela, narodzin dziecka, a potem to już wiadomo- różnie bywa. Tak dla kilkulatka każde ważne wydarzenie staje się idealną okazją do świętowania. Taka kolej rzeczy to nic innego jak wyjątkowo postępujący rozwój emocjonalny i doświadczanie wielu bodźców naraz. Przedszkole, pierwsze przyjaźnie, kolejne urodziny, pierwsza wizyta zębowej wróżki, czy najzwyczajniej w świecie słoneczny weekend. Dzieci nie potrzebują okazji, by ze zwykłego dnia uczynić ten zupełnie niezwykły. Pełen nieoczekiwanych zdarzeń i godnych zapamiętania przeżyć. Dzieci potrzebują drobiazgów, które chcą celebrować i czynić w swoim życiu ważnymi.  W zupełny inny sposób świętują, odczuwają i pokazują co dla nich istotne. W gruncie rzeczy można byłoby to podsumować kilkoma ogólnikami: balony, kolorowe słomki, bańki mydlane i czekolada.
Radość gwarantowana.

Ostatni weekend spędziliśmy więc na ogrodzie, organizując spontaniczny piknik. Taki trochę przedsmak przed dniem dziecka, który już, już depcze po piętach i sprawia, że znowu trzeba stanąć na wysokości rodzicielskiego zadania. Było zabawnie, beztrosko i ultra słodko. A jeśli ulta słodko to można znowu krzyknąć czekolada, a potem Wedel. Idealny związek, który uwalniał w naszych głowach masę przyjemności! Towarzyszyły nam croissanty, owoce, czeko tubki, które przywołują wspomnienia z dzieciństwa, a jeśli i one to obowiązkowo ptasie mleczko. Bo jak kto, ale ja i moje dzieciństwo to era bez wątpienia czekoladowa. Do tego świeże soki, mrożona kawa, także ta w wersji dla dzieci.
Nie wiem jednak, kto miał większą frajdę z tego pikniku my, czy dzieci.
Niech to jednak pozostanie naszą słodką tajemnicą!


Tajemnica, jeśli już to tak słodka, jak nasz KONKURS, który przygotowaliśmy razem z marką Wedel!

Do wygrania 5 zestawów niespodzianek!


Czas trwania : 23.05-31.05.2015r.

Zadanie konkursowe: Podzielcie się w komentarzach swoimi wspomnieniami i zlokalizujcie w nich
Czekoladę jak symbol swojego Dzieciństwa! Daję Wam całkowita dowolność! Niech będzie to kilka słów, wierszyk, a może zdjęcie ? Nie zapomnijcie zostawić także swojego adresu mailowego!
Laureatów przedstawię : 1.06.2015r.











Wpis jest wynikiem współpracy z marką Wedel.


Każdy cierpiał przez niedospane noce, ba przez nieprzespane. Każdy chociaż raz szukał rozwiązania, chciał strzelić sobie w głowę lub zasypać ją po prostu poduszkami i spać do bladego świtu. Nie ma łatwo.
(Nołbady sej it łos izi!)
Pośród tysięcy cudownych chwil macierzyństwa, są i te, nad którymi wiszą burzowe chmury i porządne ulewy. Najczęściej zwane potokiem łez bezsilności.Trzeba sobie jednak jakoś radzić. Gdy wyczerpałam limit przeczytanych bajek, przytulasów, całusów, a raczej sama zaczęłam szybciej zasypiać niż moje dziecko, powiedziałam sobie dość.

Na początku była lampka Pabobo, którą chciałam Wam pokazać, ale Amelia odgryzła pingwinowi nos i czoło więc możemy uznać jego pochówek ( rzecz jasna w karton) za oczywisty. Dzielnie trzymał się z nami trzy lata
i wszystkie swoje funkcje, oprócz estetycznej zachował do dziś. Nie ryzykując połknięcia lepiej chuchać na zimne.

Alternatywą stały się produkty cloud b. i dream lites. Mimo że mocno podobne to właściwie każdy z nich tworzy inne konstelacje gwiazd i rzuca inne światło. Jeśli miałaby jednak subiektywnie ocenić, który jest lepszy to zdecydowanie biedronka i krokodyl biją na głowę, jakościowo biednego psa, który ostatnimi czasy stracił samoistnie ogon. Niebywałą zaletą jest to, że lampki nie nagrzewają się. Zasilane są albo bateriami, albo akumulatorem, który ładujemy na stacji dokującej. Każda z lampek tworzy konstelacje w trzech kolorach, ale to biedronka działa najefektowniej ( ze względu na największą powierzchnie pokrytą gwiazdkami). Wszystko zależy jednak od naszych potrzeb. Nie każdy potrzebuje przecież największego źródła światła,
bo lampki nocne nie należą do faworytów w tej kwestii.

Pomagają jednak oswoić nocne rytuały, sprawiają, że wieczory są przyjemniejsze, a rodzice (czasami) wyspani. Obecnie na rynku wybór wzorów jest tak ogromny, że samej byłoby mi ciężko na coś się zdecydować. Zresztą przejrzyjcie pierwszy, lepszy sklep czy serwis aukcyjny, a przekonacie się sami! Zbliżający się wielkimi krokami dzień dziecka będzie więc doskonałą okazją, by pożegnać się z bezsennością i poznać smak spokojnych wieczorów.

Ze swojej strony mogę jeszcze dodać, że lampki nie grzeszą skandynawską estetyką, nie szaleją za nimi matki na pintereście, na instaramie też próżno ich szukać. Dzieci nie zwracają jednak na to uwagi. Dla nich wieczór z taką lampką to kolejna podróż po niezwykłe historie i liczenie gwiazd.

Biedronka - Cloud b.
Piesek- Dream Lites
Krokodyl- Cloud b.

Cena:  80zł-160zł

Uff, no to teraz można już spokojnie spać!





Każda z nich jest zupełnie inna. Każda na co dzień oprócz tego, że haruje na najważniejszym etacie swojego życia, rozwija swoje pasje. Każda pokazuje zwyczajność w niezwyczajny sposób. Tym samym bez zastanowienia pozwala mi klikać w serduszko pod kolejnym magicznym ujęciem. Instagram zdecydowanie ma tę moc!

Każda z tych kobiet to matka i choć spokojnie można przypisać im słynny hashtag #instamatka to w tym przypadku 
jest on synonimem wszystkiego, co twórcze, piękne i mądre. Te dziewięć kobiet pokazuję tę lepszą część instagrama, 
wolną od przesadyzmu, pychy i kreowania rzeczywistości. Ich zdjęcia obrazują życie pokazane na milion sposobów. 
Milion wyjątkowych sposobów.

Prowadzą własne firmy, świetnie gotują, ale czasem też zdarzają im się zakalce. Nie kryją się ze swoimi błędami. Fotografują, karmią ludzi w swoich knajpkach, podróżują, prowadzą dom. 
Multizadaniowe, piekielnie zdolne instamatki, na którę uwielbiam nie tylko patrzeć!

Zresztą zbyteczny jest tu potok słów, to trzeba po prostu zobaczyć.
Oto moje ulubienice!( kolejność zupełnie przypadkowa)

Justyna 10MINUTSPOKOJU


Dominika DOMSLI22

Joasia J_MYC


Monika KASZKAZMLEKIEM


Marzena MARZENA.MARIDEKO


Monika MOBLOGUJE


Agnieszka MRS.POLKADOT


Ania MUMYOUGOTMILK


Julia SZAFATOSI


Koniecznie dopiszcie do tej listy swoje ulubione Mamy!

* zdjęcia wykorzystane do stworzenia tej publikacji, pochodzą z serwisu instagram.